środa, 3 września 2014

Boiling Lake

Czy wspominałam już, że Krzysiek ma wyjątkową łatwość nawiązywania kontaktów i po pięciu miesiącach na Dominice zna już prawie każdego mieszkańca okolicy? Trzeba przyznać, że jest to talent, który czasem ułatwia nam życie tutaj. Poznał mnie na przykład z niejakim Alvinem, który zajmuje się oprowadzaniem turystów po Dominice. Wypytałam go zatem o poziom trudności różnych interesujących mnie szlaków.

Któregoś dnia znowu spotkałam Alvina na przystani, pogadaliśmy chwilę (to na prawdę przemiły człowiek o oczach słodkiego cielaczka i takimż intelekcie, dodatkowo mówi strasznie bełkotliwie i nie zawsze go rozumiem, więc rozmowa z nim to przyjemność porównywalna do wjeżdżania pod górę na rowerze o sflaczałych oponach). W końcu udało mu się jednak przekazać informację, że za dwa dni jest umówiony z jakimiś Duńczykami na wycieczkę na Boiling Lake (czyli Wrzące Jezioro) i jeśli mam ochotę, to mogę dołączyć. Cena jak dla mnie, po znajomości EC$100, Duńczycy mieli podobno uiścić te samą kwotę w dolarach amerykańskich. Czuję, że mogłam się jeszcze potargować, ale nie miałam już siły podjeżdżać pod następną górę;-).

Oferta była kusząca, bo był to czas, kiedy zaczynała mnie już rozpierać chęć zobaczenia większego kawałka Dominiki, a Piotrek stanowczo nie dawał się odciągnąć od łodzi twierdząc, że zostawianie Kimy pod opieką Krzyśka nie skończy się dobrze. Trasa na Boiling Lake to jakieś pięć, sześć godzin trekkingu przez pokryte dżunglą góry, więc wyprawa w pojedynkę raczej odpadała. 
Ostatecznie zdecydowałam się wybrać na tę wycieczkę, bo podejrzewałam, że będzie to jedyna okazja, żeby zobaczyć to jeziorko (i nie pomyliłam się, Piotruś nigdy nie znalazł czasu, żeby tam pójść). A jest co oglądać, bo to drugie największe na świecie wrzące jeziorko po jeziorze Frying Pan w Nowej Zelandii. 

W umówionym dniu Alvin przyjechał po mnie do Loubiere, mówiłam mu, że spokojnie możemy spotkać się w Roseau, bo ja się sama poruszam po Dominice, ale pomimo tego, że w Roseau są tylko dwa przystanki autobusowe, nie udało nam się ustalić, na którym powinniśmy się spotkać... Umówiliśmy się na 9.30, ale gdy dotarłam na brzeg o 9.00, aby jeszcze pójść do sklepu po coś do jedzenia na drogę, Alvin już na mnie czekał i ponaglał mówiąc, że trasa jest długa i im szybciej wyruszymy tym lepiej, a poza tym o 9.30 odjeżdża z Roseau bus w góry...

Pojechaliśmy do stolicy, wysiedliśmy na obrzeżach i pomaszerowaliśmy do Ogrodu Botanicznego na drugi przystanek. Po drodze Alvin cały czas rozglądał się za Duńczykami, wyszło na to, że z nimi również nie był w stanie umówić się w żadnym konkretnym miejscu. Dotarliśmy na przystanek, na którym ich nie było. Sugerowałam, że może by do nich zadzwonić, ale okazało się, że nie wziął od nich numeru telefonu i że od kiedy umawiał się z nimi na tą wycieczkę pięć dni temu, to nie miał z nimi kontaktu... Pojechaliśmy więc busikiem w góry, Alvin liczył, że może oni już tam pojechali i czekają na nas przy szlaku. Niestety na górze potomków Wikingów również nie było, Alvin jęczał, że pewnie przyjechali wcześniej i już sobie poszli. Czyżby na konkretną godzinę również się z nimi nie umówił? Żal mi go było, bo wiedziałam, że to oni mieli być dla niego głównym źródłem zarobku. Obawiałam się czy mi on teraz nie zrezygnuje z wycieczki, kiedy ja się już nastawiłam i wstałam o świcie (tzn. o 8.00 ;-)) i przejechaliśmy już taki kawał drogi. Trochę się też martwiłam, że będę musiała sama przez cały dzień oprócz plecaka dźwigać na barkach ciężar rozmowy z moim przewodnikiem. 

Na szczęście Alvin nie zrezygnował z wyprawy. Zakupiliśmy sobie po woreczku przysmaku ze zlepionych czymś korzennym wiórków kokosowych. Gdyby nie dominująca nuta kardamonu, którego nie znoszę od czasu, gdy na trzy dni powaliło mnie pół czareczki masala chai w Indiach, byłoby to całkiem smaczne. W każdym razie było to mocno słodkie i energetyczne, więc w góry jak znalazł. 

Wreszcie wyciągnęłam aparat z plecaka, bo już pojawiły się pierwsze ciekawe roślinki, a i widoczki zaczynały się robić coraz bardziej godne uwieczniania i ruszyliśmy na szlak. 





Patrzę teraz, że wstęp mi wyszedł nieco przydługi, także aby nie zamęczyć czytelników relację ze szlaku przenoszę do następnego wpisu, który pojawi się już wkrótce :-).

wtorek, 2 września 2014

Abricot a może mamea amerykańska

Kolejnym egzotycznym owocem, na który natknęłam się podczas cotygodniowych zakupów na rynku w Roseau był abricot. Niestety nie jest to zbyt popularny owoc, gdyż znalazłam na jego temat jedynie kilka małych wzmianek. Prawdopodobnie może to być mamea amerykańska, ale nie jestem do końca przekonana. Niby na zewnątrz wygląda tak samo, ale mój owoc miał nieco inny środek, niż te na zdjęciach w internecie, więc dopóki ktoś mnie nie oświeci, nie będę się upierać, że to to samo.  

Zastanawiałam się nawet czy jest sens pisać o nim na blogu, skoro nie mogę udzielić zbyt wielu informacji, ale pomyślałam, że warto też podzielić się i takim doświadczeniem, że jem coś, a nie do końca wiem co :-). Być mo że ktoś ze światłych czytelników będzie wiedział coś więcej na temat tego owocu i podzieli się wiedzą?


Panie na rynku powiedziały mi, że ten owoc po prostu się obiera i je, tak też uczyniłam. Pod względem smaku, koloru jak i konsystencji miąższu jest to coś pomiędzy marchewką a mango. W środku ma kilka pestek, do których ciasno przylega miąższ i pozostaje je jedynie obkroić. 



Znowu jakoś szczególnie mnie ten owoc nie zachwycił, a tym razem nawet nie wiem, co zdrowego i potrzebnego dla organizmu on zawiera. Na pewno warto było spróbować, ale raczej nie trafi on na moją stałą listę zakupów, tym bardziej, że nigdy więcej go na rynku nie spotkałam. 

Kiedy zaś myślę do czego można by go wykorzystać do głowy przychodzi mi jedynie curry, bo to jedyny wspólny mianownik jaki znalazłam dla mango i marchewki. Oczywiście nie omieszkam poinformować, jeśli takie curry kiedykolwiek popełnię :-). 

sobota, 30 sierpnia 2014

Prace Piotrka: Mała pompa wody

Gdy tylko Piotrek zarządził sobie dzień relaksu i rozsiadł się na rufie z papierosem mała pompa zaczęła dziwnie rzęzić. Trzeba było ją wyciągnąć i obejrzeć, a raczej wystarczyło ją powąchać, by domyślić się, że musiała wciagnąć jakieś biedne, małe stworzenie morskie. W tym wypadku trzeba było tę pompę rozebrać, wyczyścić z resztek zwierzątka i naoliwić. Z początku nie wyglądała ona na rozbieralną, ale Piotrek jak zwykle się nie poddał i kawałek po kawałku rozmontował ją na części. 






Wyczyścił, złożył i zamontował z powrotem :-).



Potem z rozpędu przeczyścił jeszcze zęzę i już po godzinie mógł wrócić do relaksowania się. 

Kolejny zwykły dzień :-)

Dzień leniwy (dla odmiany ;-)), lecz nie pozbawiony drobnych wrażeń. Po trzech dniach spędzonych w większości na lądzie chciało mi się zostać na łodzi i nawet wizja internetu bez papierosa, bo Krzysiek, który cały boży dzień spędza na brzegu przy komputerze, wreszcie ruszył gdzieś w miasto, nie była w stanie mnie przekonać do pojechania na brzeg. Mój żywioł to woda i teraz, kiedy nareszcie mam stały kontakt z dużym akwenem mam z nim jakąś więź, która sprawia, że nie lubię się od niego na dłużej oddalać. Postanowiłam uzupełnić bloga, więc większość czasu przesiedziałam na rufie stukając w ipada i gapiąc się w morze.

Nawet Piotrek postanowił się dziś relaksować, co w jego wypadku wyglądało tak, że musiał wykonać tylko najpilniejsze naprawy. Kima nie lubi, gdy Piotruś się nią nie zajmuje i natychmiast zaczyna jej coś dolegać. Dziś akurat uwagi potrzebowała pompa wody od lodówki. Po szczegóły odsyłam do następnego wpisu. 

Kiedy po skończonej pracy Piotrek powrócił na rufę, okazało się, że haczyk z przynętą, którą zarzucił rano (jak zwykle bezowocnie, nadal nie odkryliśmy tajemnicy połowu tutejszych ryb) wkręcił się w śrubę od silnika Kimy. Tym razem przyszła kolej na moją interwencję. Założyłam maskę do nurkowania i zanurzyłam się w wodę, aby ocenić rozmiar zniszczeń. Na szczęście okazało się, że żyłka tylko zaczepiła się o śrubę i za pomocą kija udało mi się ją zepchnąć i wyłowić. Popływałam jeszcze trochę jak zwykle zachwycając się kolorowymi rybkami na rafie.




Wróciłam do błogiego lenistwa na rufie akurat na czas by zaobserwować poruszenie zwierzyny morskiej w wodzie. Kiedy się wychyliłam okazało się, że moje ulubione klarneciki urządziły polowanie na pasiaste rybki, naszych sąsiadów z dołu. Niebieskiej ławicy udało się porwać jednego małego garbika i teraz wyrywały go sobie zawzięcie z pysków. Prawo własności jest niczym w świecie zwierząt. Ten, który upolował wcale niekoniecznie się naje, bo własni bracia z radością pozbawią go zdobyczy. Walka trwała chwilę pod naszą łodzią, po czym całe towarzystwo nadal w ewidentnym konflikcie pomknęło w nieznanym kierunku. Nie muszę chyba dodawać, że OCZYWIŚCIE nie miałam pod ręką aparatu, bo gdyby był na rufie to na pewno żadna ciekawa akcja z udziałem zwierząt nie zaistniałaby ;-). 

piątek, 29 sierpnia 2014

A teraz o trochę ludziach

Biali ludzie są na Dominice bardzo nieliczną mniejszością. Ci, którzy robili tu wspaniałe interesy w czasach kolonii, dawno już opuścili tę wyspę, więc teraz dominują turyści. W sezonie prawie codziennie w Roseau dokują wielkie statki wycieczkowe, z których wysypuje się ich cała gromada. Część wykorzystuje jeden dzień na Dominice na jakieś szybkie wycieczki do co ciekawszych miejsc. Część jedzie busami do firm oferujących nurkowanie na rafie, w tym do Aldive, Billy'ego i Samanthy, a znaczna większość wałęsa się bez celu po nabrzeżu, które w dniu ich przyjazdu zamienia się w prawdziwy jarmark z dziesiątkami straganów oferujących pamiątki. Poza tym na Dominikę zawija trochę francuskich turystów, bo mają tu łatwy dostęp z Martyniki i Gwadelupy, nieliczni biznesmeni, trochę naukowców badających tutejszą faunę i florę, no i oczywiście żeglarze, w przeważającej mierze Francuzi i Amerykanie, a z rzadka Holendrzy lub Anglicy.



Na Karaiby raczej nie przyjeżdzają ludzie biedni, więc biały człowiek zazwyczaj oznacza tu dobry zarobek. Nic więc dziwnego, że praktycznie każdy, kto ma coś do sprzedania próbuje zaoferować swój towar. Trudno jest więc przejść ulicą i nie zostać choć raz nagabniętym, żeby coś kupić, na przykład lokalny sok obowiązkowo masakrycznie przesłodzony, albo owoce, warzywa, przyprawy, pirackie płyty itp, itd. Jednak choć każdy handlarz próbuje szczęścia, wystarczy dać im do zrozumienia, że nie jest się zainteresowanym i wszyscy odpuszczają, nie biegną za człowiekiem próbując mu za wszelką cenę coś wcisnąć, tak jak ma to miejsce na przykład w Indiach czy Afryce Północnej. 

Bardzo rzadko zdarzają się też ludzie proszący o jałmużnę. W sumie podczas całego pobytu na Dominice natknęłam się na nich tylko dwukrotnie. Za pierwszym razem kiedy kupowałam coś od ulicznych handlarek podszedł do mnie pan próbując wydębić trochę grosza, ale kobiety z miejsca go przegoniły oburzone, że psuje opinię o Dominice. Innego dnia poprosił mnie o wsparcie mężczyzna bez ręki i to wszystko.

W każdym razie poza centrum Roseau biali ludzie rzadko chodzą po drogach Dominiki. Jeśli już się przemieszczają to wynajętym samochodem lub taksówką, a jeśli idą to głównie z parkingu do punktu widokowego. Kiedy poruszamy się więc z Piotrkiem, gdzieś poza wytyczonymi dla turystów szlakami nigdy nie pozostajemy niezauważeni. Praktycznie wszystkie dzieci się do nas uśmiechają i machają, krzycząc "hello". Również przeważająca większość mężczyzn odczuwa potrzebę, aby się przywitać i czasem zagadnąć jak nam się podoba Dominika lub po prostu życzyć nam miłego dnia czy pobytu. Oni jednak ostrożnie odzywają się tylko do Piotrka, a do mnie zwracają się dopiero wtedy, gdy ja się włączę do rozmowy. Kobiety natomiast zwykle przyglądają się nam bez słowa, chyba, że nawiążemy kontakt wzrokowy lub zagadniemy je pierwsi. Jest to bardzo miłe, ludzie poza tym są życzliwi i pomocni, jeśli się ich o coś zapyta, a czasem wręcz sami interesują się, gdy widzą, że mamy jakiś problem. 

Sytuacja się nieco zmienia, kiedy tymi samymi drogami chodzę sama. Biała kobieta przed sześćdziesiątką (dotyczy wieku i wagi:-)) stanowi tu egzotyczną atrakcję. Jakieś 95% mężczyzn  w wieku od lat mniej więcej 15 (górnej granicy nie ma) wita mnie z entuzjazmem, niemal zawsze prawiąc mi komplementy. Jeśli większa grupa jedzie samochodem, zawsze hałaśliwie dają wyraz swego uznania dla mej osoby. Nie żebym kiedykolwiek narzekała na brak zainteresowania ze strony płci przeciwnej, ale mimo wszystko w Europie aż tak nie bywało (a w każdym razie nie co dzień ;-)), że kiedy idę ulicą prawie wszyscy mężczyźni mnie pozdrawiają i mówią mi, że jestem piękna, a teraz mam tak za każdym razem, gdy wychodzę gdzieś sama. Nikt nie jest wulgarny ani nachalny i na ogół ta atencja jest miła, muszę jednak przyznać, że nie lubię być w centrum uwagi i czasem to ciągłe zainteresowanie mnie męczy. Jednak kiedy myślę, że w jakiejś małej polskiej miejscowości pojawiłaby się na drodze czarna kobieta, to chyba też nie przeszłaby niezauważona, i tylko zastanawiam się czy polscy mężczyźni byliby dla niej równie mili i uprzejmi jak ci tutaj są dla mnie...

Raz miałam śmieszną sytuację, wracałam z supermarketu z dość ciężkimi siatkami, kiedy zagadnął mnie kierowca terenowego samochodu, który mnie akurat mijał. Pan o wyglądzie pluszowego misia już widząc mnie tylko od tyłu zdecydował, że chciałby spędzić ze mną resztę życia i kiedy już wreszcie, jego pojazd zrównał się ze mną i dał mu szansę zobaczyć też front mej skromnej osoby zaczął mi wyliczać co posiada (dom i samochód) oraz przedstawiać kuszącą ofertę swego planu, która brzmiała mniej więcej tak: "if you were with me, I would make you feel nice everyday" (Gdybyś była ze mną, każdego dnia sprawiałbym, żeby Ci było miło). Cóż było robić, wróciłam do Mego Mężczyzny, który mieszka na cudzej łódce, motor wystawił na sprzedaż, samochód oddał rodzicom i jeszcze powitał mnie pretensjami, że nie kupiłam mu lodów, choć przed wyjściem pytałam czy chce coś ze sklepu i mówił, że nie (ale przecież powinnam była się domyślić, że loda to by zjadł ;-)). 


środa, 27 sierpnia 2014

Mały gość

Pewnego wieczora położyłam się do łóżka i zaczęłam czytać książkę. Piotrek z Krzyśkiem popłynęli na brzeg, było cicho i spokojnie. Nagle usłyszałam dziwny stukot, jakby przez okno w dachu wpadł olbrzymi bąk i zaczął obijać się o ściany, tylko że żadnego bąka nie było a powietrzu zaczął unosić się intensywny zapach ryby. Zapaliłam światło i zaczęłam się rozglądać. W końcu odkryłam źródło tej dziwnej szamotaniny. Leżała na podłodze w najciemniejszym kącie. Mała latająca rybka. Nie wiedziałam, że potrafią latać aż tak wysoko. Żeby wpaść przez okno w dachu musiała wyfrunąć z wody na jakieś dwa metry wysokości! 


Już miałam iść po jakieś wiaderko, aby wypuścić biedaczkę z powrotem do wody, kiedy pojawił się Krzysiek. Kiedy zobaczył rybkę złapał ją i powiedział, że posłuży za przynętę. Żal mi było biedaczki, bo wpadła do nas przez pomyłkę i okazało się, że na swoją zgubę. Zdążyłam jeszcze zrobić jej zdjęcie zanim bezsensownie zakończyła życie na haczyku. Bezsensownie, bo jak zwykle nic się na nią nie złapało :-(.

Biedactwo

niedziela, 24 sierpnia 2014

O anolkach słow kilka

Anolki, a właściwie anolisy, to rodzaj jaszczurek należących do rodziny długogwanowatych powszechnie występujących na Karaibach i w Ameryce Południowej. Są podobno również chętnie hodowane w terrariach. Właściciele anolisów zapewne mieliby o wiele więcej do powiedzenia na temat ich zwyczajów i zachowań, ale ja cieszę się, że miałam okazję obserwować je w ich środowisku naturalnym i te nasze przypadkowe spotkania, które po troszku wprowadzały mnie w ich świat są dla mnie bardzo cenne.

Charakteryzują się zdolnością do zmiany barwy nie do tego stopnia, co kameleony, ale na tej samej zasadzie oraz umiejętnością chodzenia po drzewach jak gekony, z żadnymi z nich nie są jednak blisko spokrewnione.



Dominika dorobiła się gatunku endemicznego (Anolis oculatus), który lokalnie znany jest jako zandoli lub jaszczurka drzewna. Tutejsi Indianie uznawali, że ich obecność zwiastowała dobre duchy w domu. 

W obrębie gatunku wyróżnia się obecnie cztery ekotypy: atlantycki, północno-karaibski, południowo-karaibski i górski*. Różnią się one lekko ubarwieniem i rozmiarem. 

Jako że stacjonujemy u południowego wybrzeża Dominiki po stronie Morza Karaibskiego miałam okazję zaprzyjaźnić się z ekotypem południowo karaibskim, czyli najmniejszym i najbardziej blado ubarwionym spośród czterech ekotypów. Nie zmienia to faktu, że były dla mnie przesympatycznym  i ciekawym obiektem obserwacji. 

Moje anolki mają mniej więcej od 5 do 10 cm długości plus drugie tyle lub nawet więcej na ogon. Mimo, że ich barwy nie są jaskrawe to i tak gama kolorów jakie przybierają jest szeroka - od bardzo jasno-brązowego, prawie żółtego po czarny. Kolor skóry dostosowują do otoczenia, w którym się znajdują, aby nie rzucać się w oczy drapieżnikom. Na specjalne okazje (przede wszystkim walki oraz uwodzenie samicy) samce potrafią też wygenerować ciekawy wzorek w postaci cętek, plamek itp. 




Chciałam przy tym zauważyć, że są to zwierzątka niebywale szybkie a zarazem kompletnie nieruchawe. Potrafi to pędzić sobie w jakimś kierunku i znienacka stanąć jak wryte bez żadnych widocznych powodów i pozostać w tym miejscu na dłuższy czas nie łypiąc nawet okiem.

Co ciekawe, zaobserwowałam, że ta włączająca się co jakiś czas niechęć do ruchu ujawnia się również podczas walk i płodzenia potomstwa (być może większość energii zużywają na zmianę ubarwienia :-)). Mam filmik na potwierdzenie tych tez, ale niestety przy tutejszym internecie nie jestem w stanie załadować go na bloga. Pozostaje zatem przedstawić mi jedynie parę nieruchomych obrazów wyciętych z filmu. Za to widać jak się chłopcy pięknie wystroili na tę okoliczność
Nie wiem, który wygrał, bo nagle wypuścili się z uścisku i rozbiegli w przeciwnych kierunkach
Kolejną typową dla anolisów cechą jest barwny - żółto-pomarańczowy w kropki - fałd gardzielowy, który rozkładają niczym wachlarz, aby odstraszyć przeciwnika czy drapieżnika lub zwrócić na siebie uwagę  samicy. Niestety nie udało mi się go uwiecznić, ale można zobaczyć zdjęcia w internecie.

Nie mogłabym też pominąć charakterystycznego ruchu, który wykonują raz po raz unosząc się i opadając na przednich łapkach. Wygląda to jakby ćwiczyły pompki, co ma być zapewne demonstracją siły i sprawności fizycznej, choć często mym ułomnym człowieczym wzrokiem nie byłam w stanie dostrzec przed kim tą sprawność demonstrują i w swym antropocentrycznym przekonaniu uznawałam, że przede mną :-)






Jak wspominałam sporo jaszczurek kręciło się po przystani polując na owady. W pobliżu stolika, przy którym siedziałam z komputerem (a z uwagi na bliskość kontaktu, do którego można było podłączyć ładowarkę laptopa był to zawsze ten sam stolik) znajdowało się mrowisko, więc anolki również często przesiadywały przy nim lub na kamiennym parapecie, pod którym stał traktując te miejsca jako punkt obserwacyjny i pod warunkiem, że nie podtykałam im pod nos kamery, zupełnie się mną nie przejmowały.

Mam też wrażenie, że moja obecność raczej była im całkiem na rękę (a raczej na łapkę ;-)). Moja ciepła ssacza krew zwabiała wszelkie okoliczne komary. Choć zwykle nie mogły one się do mnie dobrać, bo starałam się zawsze być wysmarowana czymś dla nich nieatrakcyjnym, to i tak trzymały się w pobliżu (w krzaczku rosnącym za moim stolikiem) na wypadek, gdyby zaklęcie przestało działać. Dla jaszczurek była to z kolei świetna okazja, by na te komary polować i myślę, że również dlatego tak często mogłam liczyć na ich towarzystwo. 

Dzięki temu miałam okazję obserwować je z bliska, co było niezmiernie ekscytujące. Z powodu ich zdolności do zmiany ubarwienia oraz niewielkich rozmiarów ciężko było zorientować się czy to zawsze te same jaszczurki przychodzą do mojego stolika, czy też wpadają tu osobniki czysto przypadkowe. Jednak z czasem zaczęłam wyróżniać niektóre indywidua. 

Jednym z nich był waleczny osobnik bez ogona, którego utraty winna była zapewne Camo, bezwzględna pogromczyni biednych anolków. 


Wracając do Bezogoniastego, pojawił się pewnego dnia i już został. Dopuszczam też możliwość, że bywał wcześniej przy moim stoliku, ale wtedy miał jeszcze ogon, więc trudno było mi go odróżnić od reszty towarzystwa. 


Okazało się jednak, że to prawdziwy samiec alfa. Koleś chyba mnie zbytnio nie lubił, był mocno terytorialny i przepędzał z kamiennego parapetu wszystkich konkurentów. Mógł, bo nawet bez ogona był od nich wszystkich większy i często ganiał za mniejszymi braćmi raz po raz nabzdyczając w nerwach swój wielki, kolorowy wachlarz pod gardłem. Ja natomiast nie dość, że przeganiać się nie dałam to jeszcze bezczelnie i z impetem wkraczałam w jego prywatność bezustannie podążając za nim z kamerą, by nagrać jego waleczność. 

Czasem też próbowałam z nim dyskutować, gdy przeganiał moją przyjaciółkę, małą anoliskę (zakładam, że to kobieta była, bo nie mogła poszczycić się pięknym kolorowym wachlarzem pod brodą), która lubiła przychodzić na parapet i, w przeciwieństwie do reszty jaszczurzego towarzystwa, zamiast obserwować natężenie ruchu mrówek na ścianie, podchodziła bardzo blisko i przyglądała mi się uważnie. Czekałam aż wyjmie zza pazuchy małego gadziego smartfona w etui z krokodylej skóry i zacznie mnie filmować, by później chwalić się przed znajomymi, że udało jej się natknąć na rzadki w tych rejonach okaz białej samicy człowieka ;-). 
Bezogoniasty, mimo że nerwowy i agresywny (ale z drugiej strony, kto na jego miejscu nie byłby sfrustrowany) zasłużył się jednak, bo będąc najbardziej charakterystycznym osobnikiem z grona anolków pozwolił mi przekonać się, że potrafią one zmieniać barwę i upstrzenie skóry. Wcześniej myślałam, że po prostu te jaszczurki występują w różnych kolorach, ale gdy jednego dnia na parapet przybiegał duży czarny osobnik bez ogona, a innego duży, oliwkowy i również bez tej tylnej części ciała, a już zwłaszcza, gdy któregoś dnia udało mu się przygruchać sobie pannę, na którą to okazję przywdział ciemne brązy i masę plamek i cętek (lecz dalej ze smętnym kikucikiem z tyłu), zorientowałam się, że rzeczywiście barwy przybierają one zależnie od otoczenia, by upodobnić się do tła, w którym występują, a także, by ubrać się stosownie do sytuacji. 
Troszkę się kolega wystroił :-)
Przyjemnie było tak sobie siedzieć przy komputerze, gdy natura w tej sympatycznej postaci dawała mi się przyjrzeć sobie z bliska i choć na dogłębniejsze poznanie potrzeba czasu, to właśnie po raz kolejny zdaję sobie sprawę w jak uprzywilejowanej jestem teraz pozycji, że mam go na to całe mnóstwo:-).

Do widzenia :-)



*tłumaczenie nazw z angielskiego jest mojego autorstwa i nie jest naukowe

Źródła: