Zapowiadał się miły wieczór. Krzysiek gdzieś balował i wyglądało, że nie wróci za prędko, więc mieliśmy czas dla siebie. Rozsiedliśmy się na rufie rozkoszując się ciepłym wieczorem, szum morza zakłócał, co prawda, warkoczący silnik, bo trzeba było podładować nasz padający akumulator, ale poza tym było spokojnie i błogo. W pewnej chwili silnik zaczął zwalniać. Piotrek rzucił się by go zgasić, bo wiedział, że to znak, że kończy się paliwo.
O tym fakcie niestety nie mogliśmy wiedzieć wcześniej, bo nie działał czujnik. Piotrek starał się prowadzić jakieś kalkulacje kiedy ten moment nastąpi, ale niestety nie dało się tego dokładnie wyliczyć. Uzupełniliśmy ropę i próbowaliśmy z powrotem odpalić silnik, ale okazało się, że na próżno. W układ zasilania paliwa dostało się powietrze i trzeba było rozpocząć szybka akcję reanimacyjną metodą usta - usta ;-). I w ten sposób zakończył się nasz spokojny wieczór...
Na początku należało zatem zidentyfikować odpowietrzniki na pompie i wtryskach, a gdy to już nastąpiło rozpoczęły się próby odpowietrzania. Najpierw na pompie, lecz niestety nic one nie dały. Trzeba więc było odpowietrzyć ustnie układ zasilania silnika w paliwo. Najpierw zassać paliwo na odcinku ze zbiornika do filtra z odstojnikiem a następnie od filtra do pompy na silniku. Ręcznie pompując na pompie paliwa odpowietrzyć pompę paliwa, a potem dalej pompując ręcznie na pompie paliwa odpowietrzyć na wtryskach. Po tych zabiegach silnik ruszył. Piotrek za to długo jeszcze płukał usta colą...
Cała ta sytuacja zaowocowała natychmiastową mobilizacją do przesunięcia zbiornika paliwa, ale o tym już w następnym wpisie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz